Historie zapisane na fotografiach

0

O dawnym Wołominie, rodzinnych korzeniach, fotografii i pasji do odkrywania lokalnej historii Ewelina Dzięcioł rozmawia z Krzysztofem Dąbrowskim, fotografem i operatorem telewizyjnym, współtwórcą projektu „Stary Wołomin na fotografiach”.

Krzysztof Dąbrowski w akcji, mundur i kamera z epoki.

Zacznijmy od Wołomina. Skąd wziął się pomysł, żeby przypominać jego dawną historię, rozmawiać z mieszkańcami i dokumentować wspomnienia ludzi, którzy pamiętają, jak wyglądał kiedyś?

Urodziłem się w Wołominie, więc to jest moje miejsce. Chociaż moja rodzina pochodzi z różnych stron Polski. Ojciec wywodzi się z Jedwabnego, a mama z Mazur, z Janówki koło Raczek. Mam też dość ciekawą historię rodzinną. Mój dziadek w czasie wojny przebywał w więzieniu w Mińsku białoruskim, później został wywieziony na Syberię. Objęła go amnestia, wrócił i razem z armią Andersa dotarł do Włoch, gdzie brał udział w bitwie o Monte Cassino. Historia zawsze była mi bliska. Być może dlatego, że dziadek, kiedy byłem małym chłopcem, zabierał mnie do lasu i pokazywał miejsca, w których kiedyś toczyły się bitwy, gdzie coś się wydarzyło. Pamiętam, jak biegałem po okolicach cmentarza, po dawnych okopach, które wówczas były jeszcze na tyle głębokie, że można było do nich wejść. Dzisiaj w wielu tych miejscach nie ma już śladu po dawnych czasach. Myślę, że właśnie dziadek zaszczepił we mnie zainteresowanie historią.

Kiedy postanowiłem stworzyć drzewo genealogiczne, pojechałem z ojcem do Jedwabnego, żeby odwiedzić rodzinę. Tam okazało się, że mój dziadek przygotował kiedyś maszynopis, w którym opisał historię naszej rodziny. Byłem tym odkryciem zaskoczony. Zeskanowałem cały maszynopis i teraz przepisuję go do wersji cyfrowej. Przygotowuję książkę w formacie PDF, żeby można było ją wygodnie czytać. Zależy mi jednak na tym, żeby zachować oryginalny język, gwarę i wszystkie charakterystyczne sformułowania, nawet te, które dzisiaj mogą wydawać się nieco archaiczne. Nie chcę poprawiać dziadka ani zmieniać sposobu, w jaki opowiadał. Ta książka wykracza daleko poza historię rodzinną. Zaczyna się od opowieści o przejeździe królowej Bony przez wieś Mocarze. Jest tam też historia mojego pradziadka, który walczył w armii carskiej podczas wojny krymskiej. Dziadek opisuje czasy zaborów, m.in. próby wcielenia pradziadka do armii carskiej i różne sposoby, jakimi próbował się przed tym uchronić. To właściwie opowieść o życiu ludzi na przestrzeni wielu lat, o wydarzeniach historycznych, które wpływały na losy kolejnych pokoleń. Książka kończy się na narodzinach mojego ojca i wuja.

Krzysztof Dąbrowski, pozostałości farbiarni Wołomin, ul. Marszałkowska.

Czy będzie Pan chciał teraz napisać ciąg dalszy rodzinnej historii?

Zacząłem pisać dalszą część. Opisuję własne życie, rodzinne wyjazdy do Jedwabnego, miejsca pochówku przodków, postacie, o których słyszałem w dzieciństwie, a także nasze przygody. Staram się na podstawie własnych wspomnień i dokumentów odtworzyć historię rodziny. Na razie planuję przygotować coś w rodzaju albumu dla najbliższych. Zobaczymy, co rodzina o tym powie. Być może kiedyś zdecyduję się na szersze udostępnienie tej historii.

Projekt „Stary Wołomin na fotografiach” zrodził się więc z miłości do historii i fotografii?

W pewnym sensie tak. Fotografia i film interesowały mnie właściwie od zawsze. Zbieram stare fotografie, szczególnie te związane z Wołominem. Dla niektórych są to po prostu stare zdjęcia, do których nie przywiązują większej wagi. Dla mnie to jednak dokumenty, które pokazują, jak wyglądało miasto, jak żyli ludzie, jak zmieniała się przestrzeń. W pewnym momencie okazało się, że podobne zainteresowania ma Piotr Lach z Wołomina. Odkryliśmy, że obaj kolekcjonujemy fotografie i właściwie zaczęliśmy „konkurować” ze sobą, kto ma ciekawsze materiały. W końcu uznaliśmy, że trzeba połączyć siły. Wcześniej założyłem na Facebooku stronę „Stary Wołomin na fotografiach”. Zaproponowałem Piotrkowi, żeby pomógł mi ją prowadzić, bo sam nie miałem już wystarczająco dużo czasu. Zaczęliśmy działać wspólnie i stopniowo projekt się rozwijał. Pewnego dnia powiedziałem Piotrkowi, że skoro pracuję w telewizji i mam doświadczenie w realizacji materiałów filmowych, moglibyśmy zrobić film o dawnym Wołominie. Zaproponowałem, żebyśmy spróbowali razem. Piotrek się zgodził i tak zaczęła się nasza przygoda z dokumentowaniem historii miasta.

Willa Laurentium, w trakcie II Wojny Światowej znajdowała się na terenie wołomińskiego getta, obecnie jest przywracana do stanu świetności.

Czy realizacja takich projektów jest czasochłonna?

Bardzo. Czasami mam wrażenie, że projekt niemal całkowicie pochłonął nasz wolny czas. Każdy z nas ma rodzinę, obowiązki zawodowe, a mimo to staramy się regularnie nagrywać kolejne materiały. Szczególnie zależy nam na rozmowach ze starszymi mieszkańcami. Zdarza się, że umawiamy się z kimś, kto ma ponad 90 lat, ale nagranie trzeba przełożyć, bo dana osoba źle się czuje. Umawiamy się ponownie, a potem dowiadujemy się, że już nie żyje. Niestety, takie sytuacje się zdarzają. To sprawia, że czasami trzeba działać szybko. Jeśli mamy możliwość nagrania wspomnień człowieka, który pamięta dawne wydarzenia, staramy się to zrobić jak najszybciej. W przeciwnym razie możemy bezpowrotnie stracić te informacje. Do tego dochodzi praca zawodowa, która również nie jest przewidywalna. Pracuję w telewizji i często wyjeżdżam w związku z realizacją materiałów. Zdarza się, że muszę spędzić kilka dni poza domem, pracując od rana do wieczora.

Oprócz filmów organizujecie również spacery historyczne po Wołominie. Jak mieszkańcy reagują na takie inicjatywy?

Byłem już na kilku takich spacerach i zauważyłem, że część uczestników regularnie wraca. Są to przede wszystkim mieszkańcy Wołomina, którzy rzeczywiście interesują się historią swojego miasta. Piotrek Lach cały czas zdobywa nowe informacje, więc z każdym kolejnym spotkaniem możemy przekazywać ludziom coraz więcej ciekawostek. Chcemy też, żeby te spacery były czymś więcej niż tradycyjnym oprowadzaniem z przewodnikiem. Dlatego przygotowujemy pewne urozmaicenie w postaci scen odtwarzanych na żywo. Podczas zorganizowanego 4 października spaceru po Wołominie wprowadziliśmy elementy rekonstrukcji historycznej. Pojawili się rekonstruktorzy, aktorzy, pojazdy i sceny nawiązujące do wydarzeń z przeszłości. Na przykład w pewnym momencie uczestnicy spaceru mogli spotkać niemieckich żołnierzy, którzy legitymowali ludzi czy kogoś zatrzymywali. Chcieliśmy w ten sposób na chwilę przenieść uczestników spaceru w realia historyczne. Dzięki temu można lepiej wyobrazić sobie, jak wyglądało życie w tamtych czasach. To zupełnie inna forma poznawania historii.

Przedwojenna fotografia, Kino – teatr „ADRIA” w Wołominie, w tle widać Strażnicę.

Przejdźmy do fotografii, która jest przecież jedną z Pana najważniejszych pasji. Kiedy zaczęła się ta przygoda?

Pierwsze zdjęcia robiłem już w szkole podstawowej. Co ciekawe, część tych fotografii można dzisiaj znaleźć na stronie „Stary Wołomin na fotografiach”. Zdarza się więc, że publikuję tam również własne prace sprzed wielu lat. Pamiętam, że podczas jednej ze szkolnych wycieczek do Warszawy trafiłem na Stare Miasto, które wówczas było jeszcze w trakcie odbudowy. W okolicach katedry św. Jana zobaczyłem otwarte drzwi do Polskiego Związku Artystów Fotografików. Wszedłem do środka, ponieważ odbywała się tam wystawa. Wcześniej znałem przede wszystkim fotografię użytkową, codzienną. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z fotografią artystyczną. Oglądałem zdjęcia i pomyślałem sobie, że chciałbym kiedyś zobaczyć własną fotografię na takiej wystawie. Ta myśl została ze mną na długie lata.

Kiedy fotografia stała się Pana zawodem?

W pewnym sensie podczas służby wojskowej. Ponieważ byłem dość rozmowny, wspomniałem kiedyś komuś, że potrafię robić zdjęcia. W ten sposób poznałem chorążego, który zajmował się fotografowaniem uroczystości wojskowych. Zasugerował mi, żebym zgłosił się do redakcji „Głosu Żołnierza”, ponieważ poszukiwano tam fotografa. Powiedział, że mogę się do tego nadawać. Pojechałem na rozmowę. Organizowano konkurs, ponieważ było tylko jedno wolne miejsce. Byłem samoukiem, a moim konkurentem na to stanowisko był chłopak po technikum fotograficznym. Wydawało mi się, że nie mam większych szans w starciu z kimś, kto ukończył szkołę w tym kierunku. Ostatecznie jednak to ja zostałem wybrany. Dzięki temu mogłem zajmować się fotografią zawodowo. Jeździłem na różne wydarzenia, fotografowałem generałów, m.in. Wojciecha Jaruzelskiego i Jerzego Skalskiego, dowódcę Warszawskiego Okręgu Wojskowego. To było dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Kiedy wróciłem do cywila, wiedziałem, że chcę zostać fotografem. Były jednak pewne przeszkody. To były czasy PRL-u i żeby prowadzić własną działalność fotograficzną, trzeba było mieć odpowiednie przygotowanie zawodowe. Ukończyłem więc kurs w Zakładzie Doskonalenia Zawodowego, który dawał mi wymagane uprawnienia. Następnie otworzyłem własną działalność. Początkowo pracowałem sam, wykonując przede wszystkim zdjęcia komercyjne. Oprócz tego realizowałem własne projekty, które nie miały charakteru zarobkowego. Szczególnie interesowały mnie portrety i fotografia ludzi. Zawsze lubiłem fotografować kobiety, więc często prosiłem koleżanki, żeby pozowały mi do zdjęć.

4-warstwowa guma chromianowa „warszawska” – kapliczka przy Trakcie Napoleońskim.

Czy pamięta Pan jakieś szczególne zlecenie fotograficzne z tamtych lat?

Pamiętam historię konkursu fryzjerskiego, który odbywał się prawdopodobnie w 1987 lub 1988 roku. Jedna z fryzjerek przyszła do mnie z propozycją wykonania zdjęć do konkursu metamorfoz. Chodziło o sfotografowanie kobiety przed zmianą fryzury i po niej. Nagrodą dla zwycięskiej fryzjerki było szkolenie w Berlinie. Mogła to wygrać tylko jedna osoba z całej Polski. Modelką była koleżanka tej fryzjerki. Zrobiliśmy zdjęcia na ul. Lipińskiej, przy elewacji budynku, ponieważ nie miałem wtedy jeszcze własnego studia. Wybrałem dzień, w którym światło było odpowiednio rozproszone przez chmury. Zrobiłem dziesięć zdjęć, z których wybraliśmy jedno do konkursu. Wysłaliśmy fotografię i okazało się, że dziewczyna wygrała. Pojechała do Berlina na szkolenie. To było bardzo miłe doświadczenie, które pokazało mi, że fotografia może przynieść ciekawe efekty nawet przy stosunkowo prostych środkach.

Teraz fotografia jest dla Pana sposobem na odpoczynek?

Zdecydowanie. Kiedy wracam do domu i chcę odpocząć od pracy w telewizji, nie sięgam po aparat cyfrowy, ale po analogowy. Lubię mechanizmy, aparaty, które mają różne pokrętła, przełączniki i własny charakter. Dla mnie taki aparat to coś więcej niż tylko narzędzie do robienia zdjęć. Szczególnie lubię fotografię tradycyjną, srebrową. Wkładam kliszę, robię zdjęcia, a później sam je wywołuję w domu. Mam własne miejsce do pracy, w którym przygotowuję również wywoływacze. Dzięki temu mogę praktycznie cały proces przeprowadzić samodzielnie. To daje mi ogromną satysfakcję. Lubię samodzielnie kontrolować każdy etap powstawania fotografii, od naciśnięcia spustu migawki po uzyskanie gotowego obrazu.

Msza święta przy kapliczce w Ossowie po przemianach ustrojowych w latach 90.

Co właściwie wyróżnia gumę chromianową? Dla zwykłego odbiorcy to może być dość tajemnicza nazwa.

To przede wszystkim technika, która daje ogromne możliwości ingerencji autora. I bardzo ważna jest tutaj jej niepowtarzalność. Jeżeli wykonam jedną odbitkę, a później chcę zrobić drugą, to ta druga nigdy nie będzie identyczna. Nie jestem w stanie zrobić dwóch takich samych fotografii. To właśnie powoduje, że każda odbitka staje się wyjątkowa.

Na czym polega jej wykonanie?

W dużym uproszczeniu wykorzystuje się światłoczułość gumy arabskiej, czyli żywicy akacji senegalskiej. Sama guma pięknie rozpuszcza się w wodzie, ale kiedy dodamy odpowiedni związek chromu, staje się światłoczuła. I nie chodzi tutaj o zwykłe światło żarówki. Potrzebne jest promieniowanie ultrafioletowe – można wykorzystać specjalną lampę albo po prostu słońce. Najpierw trzeba przygotować papier. Papier pokrywa się odpowiednio przygotowaną żelatyną, którą trzeba później zahartować, żeby nie rozpuszczała się w wodzie. Dopiero na tak przygotowanym podłożu można wykonywać odbitki. Jest to pracochłonne, ale właśnie to jest w tym wszystkim najciekawsze. Mam możliwość wpływania na końcowy efekt. Każda odbitka może wyglądać trochę inaczej. Czasami pojawia się przypadek, którego nie da się dokładnie powtórzyć. I to jest dla mnie najfajniejsze. Nie jestem w stanie zrobić drugiej identycznej fotografii. Dzięki temu każda praca ma w sobie coś indywidualnego.

Gdyby miał Pan jednym zdaniem powiedzieć, czym jest dla Pana fotografia?

Fotografia jest przede wszystkim zatrzymaniem chwili. Czasami wystarczy kilka sekund. Człowiek przechodzi obok, coś się wydarza, widzimy twarz, gest, sytuację. Jeśli wtedy nie zrobimy zdjęcia, później może już nie być czego fotografować.

Jest taka nieuwieczniona chwila, o której Pan nadal myśli?

Pamiętam kobietę, którą spotkałem jakieś dwadzieścia lat temu na Mazurach. Miała może siedemdziesiąt lat, siwy, gruby warkocz i niesamowitą twarz. Do dziś ją pamiętam. Wysiadłem z samochodu, bo chciałem zrobić jej zdjęcie. Ona uciekła. Podszedłem do furtki i próbowałem porozmawiać, powiedziałem, że jestem fotografem. Odpowiedziała: „Panie, idź pan stąd”. I zdjęcia nie zrobiłem. Młodą dziewczynę czasami łatwiej przekonać do pozowania niż starszą panią do tego, żeby pokazała swoje zmarszczki. A przecież właśnie one mogą być fascynujące. Czasami człowiek widzi kogoś przez kilka sekund i ten obraz zostaje w głowie na dwadzieścia lat.

Wróćmy do tego marzenia z czasów dzieciństwa, o którym Pan wcześniej wspomniał, czyli o autorskiej wystawie fotografii w Galerii Obok ZPAF. To marzenie udało się spełnić.

Zaprezentowałem tam wystawę o Cyganach – „Manusza”, co w języku romskim oznacza społeczeństwo. Było to rozwinięcie projektu, który realizowałem jeszcze w ramach dyplomu w Studium Fotografii ZPAF. Fotografowałem wioskę cygańską przez około półtora roku – latem, zimą, w różnych sytuacjach. Mieszkałem nawet tydzień w romskiej wiosce. Razem z nimi, myłem się i goliłem w rzece. Udało mi się do nich trafić dzięki księdzu, który był związany z tą społecznością i pomagał jej również w kontaktach z urzędami. Zależało mi na tym, żeby nie zrobić tylko kilku ładnych portretów, ale pokazać ich życie. Później ta wystawa została pokazana dokładnie w tym samym miejscu, do którego jako dziecko chodziłem i marzyłem, żeby kiedyś zobaczyć tam własne zdjęcie.

Czy planuje pan teraz kolejne wystawy?

25 października w CAW Wołomin zorganizowana zostanie wystawa zdjęć połączona z koncertem muzycznym piosenek Ryszarda Matusiewicza. Muzyka będzie związana z Wołominem – to piosenki dotyczące historii miasta, m.in. dawnej społeczności żydowskiej i starego Wołomina. Chcemy w ten sposób połączyć muzykę, fotografię i historię. Myślimy też o założeniu stowarzyszenia poświęconego staremu Wołominowi. Oczywiście cały czas szukamy ludzi, którzy mają ciekawe historie i wspomnienia związane z tym miastem.

Dziękuję za rozmowę

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj